Związkowe lektury #1: “Złamać szyfr czyli jak zrozumieć małżonka”

Wprowadzamy nowy cykl wpisów “Związkowe lektury”. Będziemy w nim przedstawiać subiektywne recenzje książek o relacjach damsko-męskich. Na pewno nie będzie to stały punkt na blogu. Jednak bądźcie pewni, że jeśli wpadnie nam w ręce jakaś związkowa książka – tutaj ją opiszemy

Na początek chciałabym podzielić się wrażeniami po lekturze “Złamać szyfr czyli jak zrozumieć małżonka” Marioli i Piotra Wołochowiczów.

Jednym zdaniem

Jednym zdaniem “Złamać szyfr…” to rasowy poradnik. Krótko – celem książki jest poprawa relacji partnerów w związku. Takich pozycji na rynku jest z pewnością wiele, jednak ta lektura posiada niesamowity walor – atmosfera. To ona sprawia, że nawet jeśli kolejny rozdział nie jest w kręgu twoich zainteresowań, czytasz go z samej ciekawości.

Książka sama siebie opisuje “pół żartem, całkiem serio”. Uważam, że to rewelacyjna esencja całej lektury. Jest ona jednocześnie zabawna oraz rzeczowa. Dowcipnie mówi o rzeczach ważnych w każdym związku. Trudne tematy są przedstawione w swobodny, a zarazem racjonalny, konstruktywny sposób. Czytelnik jest stopniowo oswajany z problemem i jego rozwiązaniami.

Ale powoli powoli.

Rozpędziłam się. Powiedzmy sobie, jak technicznie wygląda “Złamać szyfr…”.

Książkę można czytać od deski do deski lub wybiórczo. Podzielona jest na 4 rozdziały:

  1. O różnicach między mężczyznami a kobietami.
  2. O najczęstszych problemach w związku.
  3. O dzieciach.
  4. I takie dobre rady, à la instrukcja obsługi życia małżeńskiego.

Każdy z rozdziałów podzielony jest na konkretne wątki, które następnie są omawiane z dwóch punktów widzenia: kobiety mówiącej do mężczyzny oraz mężczyzny mówiącego do kobiety. Przypomina to kulturalną wymianę zdań na dany temat, czego bardzo często brakuje w codziennym życiu. Niestety, czasami nie potrafimy ubrać w słowa naszych myśli. Albo po prostu emocje biorą górę i wymawiamy zdania, których wcale nie chcieliśmy powiedzieć. W książce widzimy jasną strukturę treści. Mamy temat, powiedzmy “podgrzewanie związku“. Zaczyna się on zabawną grafiką z życia wziętą. Potem czytamy opinię autorki, która przybiera formę wesołego listu do męża. O kubkach termicznych, aranżowaniu małżeństw, Hindusach… Następnie czytamy rozważania autora w formie listu do żony. O celebrytach, pizzy, pieczeniu ciasta… I wiecie co jest w tym najlepsze? Po przeczytaniu tych, z pozoru, niezobowiązujących liścików małżeńskich, stajemy się bogatsi o głębokie związkowe refleksje.

Houston, mamy problem!

Oczywiście każdy związek jest inny. Dlatego mamy taki duży problem z poradnikami dla par. Czytamy jakieś porady, bezmyślnie próbujemy je wcielić w nasze życie i… nic dobrego się nie dzieje. A u koleżanki zadziałało. Zapominamy, że ludzie różnią się od siebie. A co za tym idzie – różnią się style życia i sposoby bycia razem. Niektórzy pracując ze sobą widzą się 24h na dobę. Inni widzą się przez pół roku, a kolejne pół tęsknią przez oceany. Jedni jadają wspólne niedzielne śniadania, inni codzienne kolacje. Różnice można by długo wymieniać. I tak sobie myślę… że każdy sposób bycia w związku jest dobry, o ile partnerzy są w nim szczęśliwi.

Wracając do indywidualności związków w kontekście książki – nie zgadzam się z każdą “dobrą radą” zawartą w książce. To oczywiste. I wy też na pewno znaleźlibyście takie treści, które potraktowalibyście westchnieniem “eheee…”. I to całkiem normalne. Dlatego tak bardzo jest ważne, aby jakiekolwiek poradniki związkowe czytać we dwoje. Znajomość dobrej rady to połowa sukcesu. Druga połowa to wspólna dyskusja na jej temat, poznanie wzajemnych opinii (a nie autorów poradnika), szukanie kompromisów i indywidualnych sposobów na wspólne, zgodne życie.

Koniec końców

Nawet jeśli żadna z porad w książce nie przypadnie wam do gustu, to sama ich lektura zmusza do refleksji nad kwestiami, nad którymi być może nigdy byście się nie pochylili. “Złamać szyfr…” powoli wysyła nas na głębokie wody poważnych aspektów życia we dwoje. Delikatnie, po cichu uruchamia nasze mózgi i zachęca do analizy własnego związku. Kiedy mamy jakiś partnerski problem, koniec końców często okazuje się, że dotyczył on obszarów w związku, których istoty nie byliśmy świadomi, które lekceważyliśmy, a może których po prostu jeszcze nie odkryliśmy. “Złamać szyfr…” pokazuje nam garść takich sfer, nazywa je, a następnie zachęca do ich samodzielnej analizy.

Charakter religijny…

…książki jest wyraźnie eksponowany. Prolog, epilog, dodatek są oparte na Piśmie Świętym oraz relacjach ludzi wierzących. Jednak, o dziwo, sama właściwa treść książki jest… hmm… świecka? Znajdziemy w niej tylko nieliczne odwołania do życia religijnego. Uważam to za zaletę książki. Dzięki temu “Złamać szyfr…” to genialna lektura dla każdego, bez względu na wiarę. Nauka, jaka płynie z książki jest uniwersalna i niezależna od poglądów religijnych.


Koniec końców szczerze mogę wam polecić “Złamać szyfr…”. Dla was albo waszych znajomych jako np. upominek ślubny.  A może znacie tę książkę? Jaka jest Wasza opinia na jej temat?