Macierzyństwo? Nie polecam.

Nikomu nie polecam macierzyństwa. Brzmi gorzko? Spokojnie, spokojnie. Już tłumaczę się ze swoich słów.

Odradzam macierzyństwo “z polecenia”. Bo mówią, że będzie fajnie. Bo mówią, że już czas na was. Bo każdy twój znajomy ma już dzieci. Bo tak trzeba. Bo tak wypada. Bo czas mnie goni. Bo już tyle lat jesteśmy w związku. Nie decyduj się na macierzyństwo z takich powodów.


Jakiś czas temu na jednej z facebookowych grup dla matek wpadłam na wpis kobiety, która napisała, że ma dość swoich dzieci. Oczywiście zalała ją fala hejtu. Tak nie wolno pisać! Co ona sobie myśli. Kobieto, myślisz tylko o sobie! Takich rzeczy nie wolno mówić! Takich uczuć mieć NIE WOLNO.

Mózg na ścianie.

Ja mam (czasami) dokładnie takie same uczucia! Mam dość! Mam ochotę wyjść i nie wrócić. Pójść, gdzie mnie nogi poniosą, byle daleko. Początek mojego macierzyństwa nie był lekki. Wieczorami miałam ochotę zawołać kuriera i powiedzieć mu “pan pomylił adresy, ja chce zwrócić przesyłkę”. Nie mogłam pojąć tak wysokiej przeżywalności niemowląt na świecie! Po kilku miesiącach takie drastyczne emocje zanikły. Mimo to nadal od czasu do czasu odczuwam frustrację, poirytowanie, złość, bezradność, wyczerpanie. Co ważne – ta cała flota negatywnych emocji nie wyklucza miłości.

Czasami nie za bardzo mamy wpływ na to, co czujemy, co plącze nam się w głowie i na sercu. Jednak jak najbardziej mamy wpływ na to, co robimy. I wydaje mi się, że dopóki nie zamieniam moich uczuć w czyn, dopóki wygrzebuję z siebie resztki cierpliwości, stoickiego spokoju i wyrozumiałości – to wszystko jest jak najbardziej OK. Dopóki nie winię dziecka za to, jakie jest i co robi; za to, że jest głodne albo nie może zasnąć – jest OK. Dopóki z czułością po raz setny budzę się w nocy do głodnego niemowlaka, dopóki ze spokojem usypiam go już trzecią godzinę – jest OK.


Czuję, że mam do czynienia ze zmową milczenia wśród kobiet. Nie wypada nam ponarzekać (tfu! stwierdzać gorzkie fakty) na tematy związane z macierzyństwem. Nie wypada nam szukać pomocy. Czy może tylko ja i ta biedna kobieta z facebookowej grupy to jedyne matki na świecie, które od czasu do czasu mają poczucie, że są na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego?

Każdy niemowlak (chyba) raz na jakiś czas daje rodzicom w kość. Przychodzą chwile, kiedy dziecko jest marudne, kiedy płacze. Wykluczasz głód oraz mokrą pieluchę. Wszelakie sposoby uspokojenia, rozweselenia, zabawienia dziecka nie działają, a cycek okazuje się nie być lekiem na każde zło świata. I nagle spada na ciebie lawina podejrzeń. Ząbki? Kolki? Skok rozwojowy? Próbujesz pomoc dziecku na tryliard wyczytanych w internecie sposobów na każde z potencjalnych źródeł złego nastroju. Masaże. Bujanie na piłce. Ciepłe okłady na brzuszek. Nie wiesz, czy którekolwiek z twoich zabiegów pomogło, czy dziecko po prostu zmęczyło się marudzeniem.

Możesz też mieć grzeczne dziecko, a i tak ni stąd ni zowąd najdzie cię ochota na gorzkie refleksje. Ach, te hormony. I zdajesz sobie sprawę ze wszystkich (akurat) negatywnych zmian po urodzeniu dziecka. Zauważasz brak czasu dla siebie, wykluczenie towarzyskie, wykluczenie z jakiegokolwiek życia, tonę wyrzeczeń. To nie tak miało wyglądać. Tego nie było na szkole rodzenia. Tak w ogóle po co mi to wszystko.

Żadna matka mi nie wmówi, że w tych trudnych momentach ona ma tęczę przed oczami, piecze placki, biega z mopem wykrzykując “Kocham to macierzyństwo! O tym marzyłam przez całe życie!”…


Przychodzi jednak taki moment, że dzieciaczek w końcu zaśnie, wypocznie, obudzi się z bananem na ustach dedykowanym tylko dla ciebie i… już o niczym innym nie myślisz. Tracisz głowę. Zapominasz o apokaliptycznych scenach sprzed kilku minut. Ten jeden bezzębny uśmiech napełnia cię niesamowitą energią do działania, do zabawy, do mierzenia się z kolejnymi trudnościami. Tak to działa u mnie. Pewnie też u większości innych matek. To się chyba nazywa miłość. I to chyba utrzymuje nasz gatunek przy życiu.


Nikomu nie będę polecać macierzyństwa. Bo jak już coś rekomenduję, to z całym arsenałem zalet i wad. Dobrych chwil i tych gorszych. Trzeba być ich świadomym. Trzeba samemu (albo raczej z partnerem) rozeznać, czy jesteście na to gotowi. Czy się na to piszecie. Czy wiecie, że w całym instagramowym lukrze macierzyństwa kryją się okruszki ogromnego, wręcz nadludzkiego wyczerpania.

Jeśli chcesz mieć dziecko, to nie potrzebujesz żadnego “polecenia”, żadnej dobrej rady, czy sugestii.