Historia oparta na faktach cz. 2 – PORÓD

W ciąży buszując po okołoporodowych czeluściach internetu trafiłam na ebook „Święto Narodzin”. Jest to zbiór historii różnych porodów opowiadanych z perspektywy matki, ojca, położnych… Ochoczo zabrałam się za czytanie. Miałam nadzieję, że znajdę pokrzepiające opisy szczęśliwych porodów, które rozwieją moje wątpliwości, czy obawy. Miałam nadzieję, że po tej lekturze nie będę bać się porodu – zobaczę go w świetle pozytywnego wydarzenia okraszonego odrobiną koniecznego, oczywistego bólu. Cóż – tak się nie stało. A jak koniec końców wyglądał mój poród? Jeśli też boisz się porodu, nie wiesz jak on będzie wyglądał – przeczytaj moją historię. Zobacz, że wcale nie musi to być straszny epizod rodem z horroru albo dramatu.


Zacznijmy od pierwszego alarmu. Poniedziałkowe popołudnie. Odchodzą mi wody płodowe. Niby jestem tego pewna, że to była ta dziurka, że nie mogłam tego zatrzymać, ale… W sumie już nie wiem, czy to jest TO. A mówili, że będę wiedzieć. Nic się nie sączy, skurczy nie mam. Szczerze? Stresowałam się… Zgodnie z tym, co mówili na szkole rodzenia czekam sobie 5h i jadę z Leniuchem do szpitala (dla zainteresowanych Gdańsk – Kliniczna). W teorii to szpital, do którego trudno się dostać. Jakaś kolejka była, ale bez tragedii. Lekarz pobadał i stwierdził, że płynu jest mało, ale wystarczy go, żeby ciążę jeszcze ponosić. I że czasem zdarza się, że wody odchodzą, jednak błony z powrotem się zaklejają i płyn dalej nie przecieka. Odesłał mnie do domu.

5 dni później – sobota. Bierzemy z Leniuchem paczkę podstawowych rzeczy na jedną noc i jedziemy na nowe mieszkanie. Wprowadzamy się! Oglądamy film, kiedy… odchodzą mi wody! Myślę sobie – serio? Znowu powtórka z rozrywki. Znowu nie miałam skurczy. Właśnie takiej sytuacji chciałam uniknąć. Całe szczęście tym razem wody się sączyły. Była godzina 00:30 (tak, to już niedziela). Spokojnie ogarnęłam się, wymyłam, dopakowałam torbę. Po ok. 1,5h obudziłam Leniucha i mówię mu „jedziemy”. Nie, nie miałam skurczy. Po prostu nie chciało mi się czekać. Przecież nie zasnęłabym teraz.

W szpitalu zastałam tylko Panią na rejestracji. Nawet lekarza nie było. Musieli go ściągać z niewiadomo skąd. Wiem tyle, że przyszedł do mnie z miną „dlaczego ja”. Zostałam przyjęta do szpitala. Położne chciały wiedzieć, czy mam skurcze, czy ból jak z okresu. Hmmm… ból jak z okresu. W związku z tym, że właściwych skurczy nie miałam, Leniucha odesłali do domu. Wszelakie formalności zakończyły się po 4:00. Położyli mnie na sali porodowej, dali koc i kazali spać. O godz. 6 obudzili mnie na badanie temperatury. Już dalej nie usnęłam. Skurczy dalej nie było. O godz. 7:30 dali mi oksytocynę. Wszystko zaczęło się powoli rozkręcać. Jakoś po godz. 9 napisałam do Leniucha, żeby przyjechał. Wcale nie z konieczności – raczej z nudów. Pani położna pytała się w kółko, czy mam skurcze. I wiecie co? Do dziś nie wiem, w którym miejscu kończy się „ból jak z okresu” a zaczynają „skurcze”. Namawiali mnie na zjedzenie śniadania, jednak ja nic nie mogłam przełknąć. Przy każdym skurczu miałam odruch wymiotny.

Czy skurcze bolą? Przyjemne nie są. Owszem, czujesz ból. Na początku jest całkiem do zniesienia. Dziwisz się, kiedy słyszysz jak kobieta obok krzyczy i dyszy. Myślisz „ja dam sobie radę bez tych zwierzęcych odgłosów, przecież nie jest tak źle”. Jednak ból jest coraz silniejszy wraz z upływem czasu. Gdy Leniuch do mnie przyjechał, w czasie skurczu nie byłam już w stanie z nim rozmawiać. Ani się poruszyć. Nie, nie krzyczałam. Zagryzałam zęby. Po czasie zagryzałam prześcieradło. Byłam trochę zła, że musiałam leżeć. Nie mogłam ani siedzieć, ani chodzić, bo odczyty z KTG były nieprawidłowe. Na sali nie było ani drabinek, ani piłek, o wannie nie wspominając. W sumie nigdy nie miałam ochoty na poród w wodzie. Jednak długo zastanawiałam się, czy ja leżę już na TEJ sali, gdzie urodzę, czy tylko w jakimś przejściowym pokoiku. Tak czy owak – skurcze bolą.

Około 10:30 zostałam zapytana, czy chcę znieczulenie. Mówię, że chcę spróbować rodzić bez znieczulenia, póki co ból jest do zniesienia. Poprosiłam jednak o gaz rozweselający. Słyszałam, że można mieć po nim niezły odjazd. Przed porodem śmiałam się, że pojadę do szpitala i powiem „ja tu przyjechałam po gaz, a poród to przy okazji”. Wdychałam gazu dużo i dużo i dużo i… na mnie nie podziałał. To moje największe porodowe rozczarowanie.

Czy krzyczałam w czasie porodu? Nie wiem. Pamięć zaciera mi się w momencie, kiedy zagryzanie prześcieradła g* dawało, zaczęłam jęczeć i mamrotać do Leniucha „więcej mi tego nie rób”. Czułam skurcze parte, główka dziecka pchała się do wyjścia, natomiast ja miałam 2 palce rozwarcia. Słabo generalnie. Musiałam powstrzymywać parcie, żeby po prostu tam na dole nie eksplodować. To bolało. Bardzo. Jednak to akurat mnie spotkało, Ciebie może ominąć taka sytuacja Całe szczęście 2 położne i 2 lekarzy jakimiś magicznymi palpacyjno-medykalnymi sztuczkami zwiększyli mi rozwarcie. Tak mi powiedział Leniuch. Ja niewiele pamiętam z tego etapu porodu.

Samo parcie trwało u mnie 5 minut. Tak mi powiedziano. W książeczce zdrowia dziecka jest napisane, że etap II porodu trwał 11 minut. Robiłam to, co kazała położna. Trochę jak robot, bezmyślnie. Nie pękłam, nie rozcięto mnie… I tutaj oklaski należą się genialnej pani położnej, która tak mnie uchowała bez żadnego szwa. Jestem jej przeogromnie wdzięczna za ten stan. Słyszałam, że jestem stworzona do rodzenia dzieci. Mimo to uważam, że czas nieciążowy bardziej mi służy niż ciążowy i nie zamierzam przekwalifikowywać się na surogatkę. W temacie defekacji… Miałam przy sobie enemę. Niejednokrotnie prosiłam położną o przygotowanie jej, jednak słyszałam tylko „jeszcze za wcześnie”. Koniec końców nie zdążyliśmy jej zaaplikować. Mimo to nie jestem zła. I tak nie wiem, co ja z siebie wydaliłam, oprócz dziecka oczywiście. Urodziłam Julkę o godz. 11:11 w niedzielę 30 lipca. Zaraz po porodzie położyli ją na mnie. Jak długo ją trzymałam? Nie wiem. Może 15 minut? Szczęśliwi czasu nie mierzą

Potem zostałam przeniesiona do pokoju poporodowego. Leżała już w nim inna dziewczyna, która rodziła tuż przede mną. W tym pokoju spędziłyśmy cały dzień, do czasu zwolnienia się miejsc na oddziale położniczym. W międzyczasie przyszła jakaś pani, która powoli nas pionizowała i uczyła chodzić. Posłusznie robiłam, co karze. Nie wspomniałam, że już długo przed jej przyjściem byłam na nogach. Bardzo szybko ogarnęłam się po porodzie. Położne troskliwie pytały się mnie, czy coś mnie boli, jednak ja odpowiadałam tylko „tyłek od leżenia…” Mój trzeźwy stan to zapewne zasługa braku szwów. Ale też pewnie niezmiernej radości zakończenia stanu ciąży. Jak już Wam kiedyś pisałam, ciąża nieźle dawała mi w kość i szybko miałam jej serdecznie dosyć. Byłam przeogromnie szczęśliwa mogąc już zakończyć ten stan. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko… wyjścia z dzieciaczkiem do domu.

Źle mi było w szpitalu. Ogarniał mnie lęk, kiedy kończyły się godziny wizyt i Leniuch musiał iść do domu. Radziłam sobie z dzidzią całkiem dobrze. Taki noworodek to w sumie żadna filozofia. Albo śpi albo płacze. A jak płacze to albo trzeba go nakarmić, albo przebrać pieluszkę. Koniec instrukcji obsługi. Mimo to jakoś samotnie czułam się w szpitalu. Bałam się wyjść do toalety zostawiając dzidzię w pokoju. Nie wspominając o łazience. Do tego warunki sanitarne w szpitalu według mnie były opłakane… Całe szczęście leżałam w pokoju z 2 przesympatycznymi dziewczynami. Jakoś razem się wspierałyśmy w tych szpitalnych realiach. Koniec końców drugiego dnia pomęczyłam lekarzy i wyszłam do domu, we wtorkowe popołudnie. Ależ to była radość!

Być może niektórzy z Was będą ciekawi mojej opinii o szpitalu na ul. Klinicznej w Gdańsku. Bardzo dobrze oceniam opiekę zarówno nad matką, jak i dzieckiem, zorganizowanie lekarzy. Wszystkie położne, jakie poznałam, to uprzejme, pomocne kobiety. Warunki sanitarne są dobre na oddziale poporodowym, jednak na oddziale położniczym wołają o pomstę do nieba. Ciekawe, czy ktoś zainteresował się mrowiskiem w przebieralni na punkcie przyjęć… Jedzenie – cóż, szpitalne. Zmiana pościeli – tylko na własne życzenie. W sumie nic nie dostałam od szpitala ani dla mnie, ani dla dziecka (kosmetyki, ciuszki, podkłady poporodowe). Jednak sądzę, że coś na pewno bym dostała, gdybym poprosiła. Ja miałam przy sobie wszystkie potrzebne rzeczy. Jak już wspomniałam, zdziwiło mnie też mizerne wyposażenie sali porodowej. Ostatecznie jak najbardziej polecam ten szpital. Szczęśliwie, bezproblemowo urodziłam w nim zdrową córeczkę i to jest dla mnie najważniejsze


Jak widzicie, mój poród nie był taki zły. Mówią mi, że nawet był lekki. Jednak to nie jest istotne, czy i jak bardzo bolało. Z perspektywy czasu mało istotne są też warunki sanitarne. Jedyne, co wspominam, to pierwsze wspólne chwile z tym małym robaczkiem, który teraz grzecznie śpi obok mnie.

Jakie są historie Waszych porodów? A może dopiero czekacie na swój pierwszy poród? Piszcie w komentarzach! :)